Znasz to uczucie? Pierwszy naprawdę ciepły dzień maja, wyciągasz z szafy lżejsze ubrania, patrzysz na nogi i wzdychasz na samą myśl o maszynce.
Z depilacją laserową jest jak z tulipanami. Cebulki sadzi się jesienią, bo kto wkopie je w maju, kwiatów tego roku nie zobaczy. Żeby zrozumieć dlaczego, cofnijmy się o ponad sześćdziesiąt lat. Do czasów, kiedy laser był wynalazkiem, którego nikt nie umiał do niczego użyć.
Promień śmierci z rubinu
W 1960 roku amerykański fizyk Theodore Maiman włączył urządzenie z kryształem rubinu w środku. Z kryształu wystrzelił cienki, czerwony błysk światła. Był to pierwszy działający laser na świecie.
Gazety szybko ochrzciły go „promieniem śmierci” rodem z filmów science fiction. Naukowcy żartowali z kolei, że to rozwiązanie, które szuka problemu. Nikt jeszcze nie wiedział, do czego właściwie może się przydać.
Lekarz, który zauważył ciemne włosy
Jednym z pierwszych, którzy potraktowali laser poważnie, był amerykański lekarz Leon Goldman, nazywany dziś ojcem medycyny laserowej. Już w 1963 roku opisał, co rubinowy błysk robi ze skórą. Zauważył coś ciekawego: światło szczególnie chętnie „atakuje” to, co ciemne, na przykład czarne włosy.
Wtedy jeszcze nikt nie potrafił tego dobrze kontrolować. Laser był trochę jak młotek: trafiał, ale przy okazji obrywało wszystko dookoła.
Zasada czarnego samochodu
Przełom przyszedł w 1983 roku. Dwaj dermatolodzy z Bostonu, Rox Anderson i John Parrish, opisali zasadę, która brzmi skomplikowanie, ale jest prosta: selektywna fototermoliza.
Pomyśl o dwóch samochodach na parkingu w upalny dzień, czarnym i białym. Słońce świeci na oba tak samo, a jednak czarny nagrzewa się dużo mocniej, bo ciemny kolor pochłania więcej światła. Anderson i Parrish pokazali, że jeśli dobrać odpowiedni kolor światła i odpowiednio krótki błysk, można nagrzać ciemny cel, zanim ciepło zdąży rozlać się na jasne otoczenie.
W skórze takim „czarnym samochodem” jest barwnik włosa, czyli melanina. Od tej chwili laser przestał być młotkiem i zaczął przypominać precyzyjne narzędzie. W połowie lat 90. pojawiły się pierwsze lasery do usuwania owłosienia, a niedługo później lasery diodowe, z których korzysta się do dziś.
Co to ma wspólnego z zimą?
Wróćmy na parking. Zasada czarnego samochodu działa najlepiej, kiedy obok stoi samochód biały. Gdyby oba były ciemne, różnica w nagrzewaniu prawie by zniknęła.
Ze skórą jest tak samo. Ciemny włos na jasnej skórze to dla lasera wyraźny cel. Ale melanina jest też w samej skórze, a po opalaniu jest jej więcej. Wtedy „biały samochód” robi się szary i różnica między włosem a skórą maleje.
Latem trudno tego uniknąć: urlop, działka, rower. Jesienią i zimą nogi czy ramiona mają swój naturalny, jaśniejszy odcień i całymi tygodniami nie widzą słońca. Dla lasera to najlepsze warunki.
Dlaczego jeden błysk to za mało
Pewnie zastanawiasz się, czy nie da się tego załatwić za jednym razem. Gdyby wszystkie włosy rosły jednocześnie, sprawa byłaby prosta. Ale każdy włos żyje własnym rytmem: rośnie, potem zwalnia i odpoczywa. W jednej okolicy część włosów jest akurat „na zmianie”, a część czeka na swoją kolej. Laser najlepiej radzi sobie z tymi, które właśnie rosną.
Dlatego depilacja laserowa to seria kilku spotkań rozłożonych na wiele miesięcy. Kto zaczyna w maju, większą część serii spędza w słoneczne miesiące. Kto zaczyna jesienią, ma przed sobą długie miesiące w spodniach i swetrach. Tak jak z tulipanami.
Więcej o tym, co dzieje się z włoskami między kolejnymi spotkaniami, przeczytasz we wpisie „Depilacja laserowa: co dzieje się z włoskami między wizytami?”.
Na koniec trzy ciekawostki
Siwe włosy noszą czapkę niewidkę. Nie mają barwnika, więc nie ma czego nagrzać. To ta sama zasada czarnego samochodu, tylko odwrócona.
Pierwszy laser świecił na czerwono, dzisiejsze diodowe świecą światłem, którego nie widać. Długość fali około 800 nanometrów leży tuż za czerwienią, w podczerwieni. Ludzkie oko jej nie rejestruje, ale melanina pochłania ją bardzo chętnie.
Po zabiegu włoski nie znikają od razu. Przez kolejne tygodnie wypadają stopniowo i nierówno. Pod zimowym swetrem nikt tego nie zobaczy. To kolejny mały powód, żeby nie czekać do wiosny.

